Dopiero niedawno mama uświadomiła mnie, że ta potrawa (uwielbiana zresztą przeze mnie) tak dziwacznie się nazywa. Skąd ta nazwa? Nie mam zielonego pojęcia. Może ktoś z Was ma pomysł? A wracając do potrawy – jeśli ktoś nie lubi wątróbki – to nie jest potrawa dla niego. Jeśli ktoś nie lubi na tłusto – również radzę pominąć ten przepis. Dla pozostałych polecam – na obiad, na kolację – obojętnie!
Diabły na koniu:
- 500 g wątróbki drobiowej,
- 500 g chudego wędzonego boczku,
- ew. mała paczka suszonych śliwek,
- sól,
- pieprz ziołowy,
- 1 łyżeczka smalcu.
Wątróbkę pokroić w kawałki wielkości piłeczki do golfa (jakoś nie mogłam znaleźć innego porównania). Boczek pokroić w długie cienkie plastry. W każdy plasterek boczku zawijać kawałek wątróbki (ew. z jedną śliwką suszoną). Roladki spiąć wykałaczką, żeby się nie rozwinęły.
Na patelni rozgrzać smalec (można zastąpić oliwą) i ułożyć na nim roladki. Obsmażyć z obu stron na dużym ogniu, po czym ściszyć płomień, przykryć i dusić ok. 30 minut, aż wątróbka sobie dojdzie, a boczek zmięknie. 5 minut przed końcem obróbki termicznej
roladki posolić i popieprzyć. Jeśli diabły nie są wystarczająco rumiane należy je odkryć i chwilę smażyć na większym ogniu.
Podawać na gorąco z ostrą musztardą i chlebem.
takie smakołyki to chętnie skosztuję:)
Ostatnio natrafiłam na przepis na to danie, z tym, że bez wątróbki (hurra!) i zawijane w szynkę parmeńską lub szwarcwaldzką. A skąd nazwa – też o tym myślałam, ale nic nie przychodzi mi do głowy
Pozdrawiam.
Genialny tytuł hihih Ja nie lubię wątróbki ale mój maż byłby zadowolony z takiego obiadku
Pingback: Diabeł na koniu (po mojemu) « Venidle